2020 rok chyba odbił się na wszystkich. Na nielicznych pozytywnie, na większości negatywnie. Ale chyba na każdym ten nasz szanowny rok, który właśnie skończył swoją pierwszą połowę, odcisnął swoje piętno. No chyba przyznacie, że z naszym środowiskiem ten rok nie obszedł się dobrze, póki co… (Oczywiście, liczymy na pozytywne zakończenie tej swoistej podróży po dziwnych kolejach losu).

Niestety (albo i „stety”) pandemia zweryfikowała nie tylko nasze życia, nasze związki, ale także naszą stabilność finansową, lojalność klientów, naszą zdolność do przetrwania kryzysu, a także zdolność do odpowiedniego przygotowania gabinetów. Pandemia zweryfikowała także nasze zdolności komunikacji – trzeba było to tak przedstawić klientom, by nie bali się przyjść do gabinetu. Jedną z najlepszych instrukcji, jak sprzątać przeciwwirusowo, opublikował Alan Dąbrowski tu, na swoim blogu – polecamy. Dotyczyło to okresu już po ogłoszeniu epidemii, ale jeszcze kiedy gabinety były otarte i po okresie „lock downu”, kiedy otworzyliśmy gabinety ponownie. Od tego, jak bardzo przekonaliśmy klientów, że jest u nas bezpiecznie, zależało, ile osób do nas przyszło. I przyjdzie – epidemia trwa. Liczba zachorowań rośnie.

No ale co jeszcze pokazała pandemia? Jak bardzo aktywne są animozje – miedzy ludźmi, między grupami społecznymi i między … zawodami. Nie ominęło to naszej branży. Walka o klienta, o każdą złotówkę się wzmogła. Temat nie jest oczywiście nowy. Tylko zaognił się teraz. No i my musimy reagować.

Są ludzie, całe grupy, grupy zawodowe, które chcą powiedzieć klientom, że nie jesteśmy profesjonalistami. Czy chodzi o klientów? Trochę tak, ale wydaję nam się, że bardziej o tego naszego klienta walczy „druga strona”. My swoich klientów mamy. Pewnie większość z Was widzi, że klienci wracają. Bo są zadowoleni, bo widzą efekty. Są jednak grupy zawodowe, które sugerują, że u nas nie jest bezpiecznie, że u nas nie jest profesjonalnie. A jaki podają powód? No właśnie nie wiemy, ale sugerują, że„ich” ból nauki był większy niż nasz. Nasze studia wg „coniektórych” są gorsze? Są mniej naukowe? Są mniej profesjonalne? A co na to Minister Szkolnictwa Wyższego? A nasze szkolenia, praktyki, staże, warsztaty, są mniej szkoleniowe, mniej praktykujące, mniej stażowe i mniej warsztatowe?

Czy musimy przeciwdziałać i poddać się tej walce? – No teoretycznie nie musimy – znamy swoją wartość, wiemy, jakie mamy podstawy i teoretyczne – długie, pełnowartościowe studia magisterskie, wiele szkoleń, właściwie ciągłe szkolenia. I to nasz zawód charakteryzuje – bez ciągłego szkolenia z nowinek na rynku, z nowych zabiegów, bez nauki i kształcenia przez czytanie pism branżowych, także zagranicznych – nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy. To właśnie nasza praca. Na silnych podstawach dobrego wykształcenia wyższego teraz musimy – tak, musimy – się kształcić cały czas. I to jest dla klienta gwarancją dobrego zabiegu i dobrych efektów. Musimy też słuchać klientów. Musimy. Nie jesteśmy specjalistami, które mówią: „jest tak, bo jest, do widzenia. Jesteśmy dla naszych klientów”.

Szanowni Państwo, ale co może się stać, gdy nie będziemy walczyć, gdy nie podejmiemy walki – choć w otwarte karty? No niestety znane jest powiedzenie „kłamstwo powtarzane 100 razy staje się prawdą”. Znają to wszyscy spece od propagandy. Z minusów – niestety nasz zawód nie jest do końca … znany w społeczeństwie. Nie mamy takiej „pozycji” wyrobionej jak inne zawody. I to trzeba zmienić. Bo jesteśmy tu dla społeczeństwa. Jesteśmy dla naszych klientów. Pomagamy, nie leczymy (chyba że duszę). Niektórzy, którzy nie lubią naszej społeczności, naszej branży, bo chcieliby zarobić na naszych klientach (dając nie w 100 procentach profesjonalną usługę – z racji nieukierunkowanego wykształcenia, albo inaczej – wykształcenia w innym kierunku, by nikogo nie obrazić, a także w mniej higienicznych warunkach, no i drożej – z racji innych literek przed nazwiskiem). To jeszcze nie byłby problem. Problem jest w tym, że klienci nie dostaną usługi na odpowiednim poziomie, problem jest w tym, że możemy być postrzegani jako zawód gorszy i odsunięci na boczny tor. Chcemy tego? Nie, nie chcemy. Jesteśmy przecież zawodem, który powinien być uznany za zawód medyczny, tak jak to się stało w 2016 roku z Fizjoterapią.

No więc co możemy zrobić, by nie być postrzeganymi jako „szlachta zaściankowa machająca szabelką” (jakby chcieli nas przeciwnicy przedstawiać)? Przede wszystkim nie być przeciwnikiem. – My nie jesteśmy niczyim przeciwnikiem. Jesteśmy tu, aby pomagać ludziom. Jesteśmy po to, by w profesjonalny sposób pomóc ludziom poczuć się lepiej, zlikwidować swoje problemy zewnętrzne, ale także te wewnętrzne – i tu mówię w obydwu tego słowa znaczeniu – kosmetolog pomaga zarówno w przypadku, gdy problem pochodzi z wewnątrz ciała i rozwiązuje go tak, że efekt poprawy widać na zewnątrz, ale także mówimy o wnętrzu człowieka w sensie psychologicznym, duchowym. I tu na pewno leczymy – leczymy z kompleksów. I to w sposób nieinwazyjny. W kilka, kilkanaście minut spełniamy ludzkie marzenia, likwidujemy kompleksy, które obciążały daną osobę od lat, czasem od dziesięcioleci. Mało tego – robimy to w profesjonalny sposób, bez bólu, bez komplikacji, bez powikłań, bez głębokiej ingerencji w ciało i portfel – mówi Alan Dąbrowski, właściciel Akademii Kosmetyki i Wizażu, guru kosmetologii w Polsce, Międzynarodowy Trener Kosmetologii, fryzjerstwa oraz wizażu akredytowany przez brytyjskie stowarzyszenie kosmetologów i trenerów beauty ITEC. – Uczę się non stop. Nie pamiętam, bym od pierwszego dnia studiów na kosmetologii, a właściwie od pierwszego dnia praktyk w liceum (to wychodzi dużo więcej niż 10 lat…) przestał się uczyć. My nie możemy przestać. Szkolimy się z nowinek, zarówno z dziedziny medycyny, kosmetologii, jak i kosmetyki. Musimy. Ja swoją wiedzę zdobytą za granicą – Akademia Vidal Sassoon w Londynie, Greas Point Studio w Londynie oraz prestiżowy Galligan College w Dublinie – przekazuję dalej w kraju. Uczę się zarówno od nauczycieli, jak i od moich klientów, zarówno nowych, jak i zaufanych od lat – te spotkania dają wiele wiedzy „miękkiej”, pomagają poznać wnętrze człowieka i jego potrzeby. Kosmetolodzy chcą wiedzieć. A co jest najważniejsze w naszej wiedzy, oprócz tego, że jako JEDYNI wśród zawodów tak znamy się na skórze – naszym największym organie – oraz na zabiegach i ich efektach? To, że po pierwsze dokładnie wiemy, jakie mogą być skutki uboczne, ale przede wszystkim to, kiedy NIE wykonywać zabiegu. Nie jesteśmy bezlitosnymi „rzeźnikami” wbijającymi ludziom igły, jak to usłyszałem kiedyś od mojej pacjentki, która padła ofiarą takiego zdarzenia w gabinecie stomatologicznym. My jesteśmy też po trochu psychologami, trochę powiernikami tajemnic. Musimy podchodzić holistycznie. I widzieć w osobie do nas przychodzącej nie klienta z portfelem tylko człowieka. Człowieka, który na zaufał, by powierzyć nam swój problem. I ta pierwsza rozmowa, pierwsza konsultacja jest najważniejsza – gdy się poznajemy. To właśnie to nas odróżnia. Bo czasem przychodzi zagubiona osoba, która mówi, że musi mieć ładniejsze usta. Po rozmowie, po konsultacji, po zapoznaniu się i odpowiednim wywiadzie, może się okazać, że tej osobie brakuje pewności siebie, a tym, co to zmieni, jest seria zabiegów na zszarzałą od siedzenia w biurze cerę i mezoterapia, która rozjaśni i wzmocni skórę wokół oczu. To nas odróżnia. Żaden inny zawód tego nie potrafi. Tak samo jak ortopeda nie naprawi przeciążonego ścięgna Achillesa.

Izba Kosmetologów proponuje, by zacząć otwarcie mówić o naszym profesjonalizmie, o naszej społecznej przydatności, o tym, że możemy współpracować z lekarzami, by dać klientowi/pacjentowi odpowiedni efekt, o tym, że jesteśmy nieodzowni, jeśli chodzi o kosmetologię onkologiczną, o tym, że skończyliśmy pełnoprawne studia, o tym, że jesteśmy ekspertami w swojej dziedzinie, specjalistami od skóry, od poprawy wizerunku, o tym, że skalpel to przeżytek XX wieku, choć wiemy, że są przypadki, kiedy bez niego nie da rady – i my to rozumiemy i kierujemy do innych specjalistów, a także o tym, że my mamy swój etyczny kod. Chcemy, by opinia społeczna wiedziała, że nie wstrzykujemy 2 ml kwasu w usta osobie, która przyszła po raz pierwszy, że nie zrobimy mezoterapii osobie, która ma chorobę autoimmunologiczną – po to wywiad i rozmowa, po to nasza wiedza o ciele człowieka. Trzeba informować, że nie poprawimy urody osobie, u której zdiagnozujemy dysmorfofobię. Bo tu nie chodzi o pieniądze. Nam przedstawiciele koncernów farmaceutycznych nie stawiają wycieczek za ilość zużytego kwasu hialuronowego. Tak, mamy ogromny zasób wiedzy, tak, mamy sumienie, mamy swoją etykę pracy. I dlatego u nas jest bezpiecznie. I skutecznie. I efektywnie – a także efektownie, oczywiście.

Wiemy, że wśród klientów gabinetów kosmetologii estetycznej powstała oddolna inicjatywa, która polega na tym, że klientki wręcz chwalą się tym, że poprawiają sobie urodę i życie u kosmetologa. Bo jest bezpiecznie, bo jest to usługa na najwyższym poziomie. Nie trzeba się ciąć, nie trzeba nakładać na siebie nie wiadomo ile warstw kosmetyków kolorowych, by wyglądać dobrze nawet po wstaniu i cieszyć się z widoku w lustrze. Na socialmediach widać już nowy hasztag: #StrzykamSięUkosmetologa. Fajny. Cieszymy się i obiecujemy nie zawieźć naszych klientów. Mamy nadzieję, że jesteście z nami, nawet nie będąc członkiem Izby. Izba Kosmetologów rozpoczyna kampanię społeczną, która ma wzmocnić świadomość społeczną o naszym zawodzie, która jest skierowana do wszystkich i nie jest kierowana przeciwko nikomu. Bo piękno pochodzi z wnętrza, a od złych intencji nikt jeszcze nie stał się lepszy (i piękniejszy – nawet macocha Śnieżki).